Był już grudzień, prószył śnieg. Biały puch powoli przykrywał świat. Świat w którym nie było miejsca dla takiego człowieka jak ja. Mój wujek, ks. Kamil podwiózł mnie i Karłata do Akademii, w której miałem się uczyć.
~*~
Stałem na korytarzu i przeglądałem informacje powieszone niedaleko sekretariatu. Nagle, zobaczyłem dziewczynę, o ciemnych oczach i włosach koloru czerwonego, lub coś w ten deseń, nie znam się na tym. Szła korytarzem, nie zwróciła nawet na mnie uwagi. Zwróciłem uwagę na jej buty...stare wojskowe, zapewne niemieckie.Odwróciłem się bardziej w jej kierunku i wyciągnąłem rękę. Powiedziała:
-Co robisz?
-Chcę zatrzymać pewną pannę.
Popatrzyła na mnie badawczo, była bardzo ładna, trochę niższa ode mnie.
-O co jestem oskarżona, panie inspektorze?-zażartowała
-Potrzebna jest pomoc szanownej damy- uśmiechnąłem się, najbardziej jak potrafiłem.
-Ach tak, więc o pomoc chodzi-przeleciała mnie wzrokiem jeszcze raz i powiedziała- zapewne szukasz stajni, by odstawić swojego konia maści kasztanowatej.
-Skąd wiesz?
-Heh- zaśmiała się- po pierwsze wyglądasz na zestresowanego, po drugie na kurtce masz rude włosy, sierść konia maści kasztanowatej. Jestem Atenia, w skrócie At...kiedyś Wrocławska amatorka detektywistyki. O ile takie słowo istnieje.
-Nieźle...ja jestem zwykłym chłopakiem o imieniu- tu mi przerwała
-Wiem jak się nazywasz, Viggo. Wiem też, że twoi rodzice zmarli w tym roku i że masz 20 lat. Nie ważne, choć pokaże Ci stajnie. Weź Karłata.
Ruszyłem oniemiały za dziewczyną. Już na początku mi zaimponowała, a teraz...kurde.
Atenio?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz